Było to jedno z naszych marzeń które miałyśmy wypełnić razem.
Wieczorami przy dźwiękach salsy przyrzekałyśmy że na pewno kiedyś… Rozgrzewałyśmy myśli południowymi rytmami gdy na zewnątrz trzaskał mróz i powtarzałyśmy:- na pewno pojedziemy.
Powstał nawet budżet wakacyjny który miał gromadzić wolne środki (boże kto wtedy miał wolne środki) na ten upragniony wyjazd. Ale tak jak nikt nam nie wierzył że można przetańczyć całą noc pijąc tylko wodę mineralną - tak my same chyba nie wierzyłyśmy że to kiedyś się uda.
Był jednak plan i małymi kroczkami chciałyśmy dążyć do celu.
Więc po pierwsze trzeba nauczyć się profesjonalnie tańczyć. Zapisałyśmy się na lekcje tańca. Zapłaciłam nawet z góry żeby mieć motywację. Ale mogłam sobie tylko zaśpiewać TAK BARDZO SIĘ STARAŁAM…. Kasia stawiała stopy tam gdzie trzeba, obracała się kiedy trzeba, i wyglądała tak jak trzeba. Ja ze swoim 182cm wzrostu potykałam się nawet na własnych myślach. Okazało się że moje stopy nie potrafią współpracować. Ręce mam trochę za długie i przez to plątają mi się chaotycznie wokół ciała. Chociaż na weselu Kasi dałyśmy czadu na parkiecie jak dwie brazylijskie gwiazdy to jednak daleko mi do chociażby średniego poziomu zaawansowania.
Krok drugi – język… Znałam adresy wszystkich szkół w mieście, z nazwiskami lektorów i cenami. Jednak jakoś tak się złożyło że nigdy nie przekroczyłam progu żadnej szkoły językowej. Po pewnym czasie moja Kasia wykreśliła popołudniowe spotkania we wtorek i czwarte bo miała zajęcia. Dla mnie język z naszego marzenia został dalej językiem obcym! Dla niej nie stanowi już problemu. Jako zupełnemu antytalenciu językowemu mi pozostaje jedynie szczerzyć kły w niemym uśmiechu jak słyszę wdzięczne Ola!
Na któreś z kolei wspólne urodziny kupiłam Kasi książkę – o tym wymarzonym miejscu. Pamiętam że w paru miejscach napisałam coś od siebie co miało natchnąć nas obydwie. Wiem, że tą książkę przeczytała – ja nie mam nawet przewodnika.
Na moją wiedzę o docelowym miejscu składa się znajomość płyty Buena Vista Social Club… W sumie to i tak dużo.
W ogóle nie jestem przygotowana do tego marzenia. Ale tak naprawdę na ile swoich marzeń jesteśmy przygotowani i mamy odwagę żeby je spełnić
PS. RAZ KOZIE ŚMIERĆ Kupiłam bilet - wylot lotnisko Chopin – międzylądowania Szeremietiewo – port docelowy Jose Marti. Niech wszyscy święci chronią lotnisko w Moskwie przed koleją bombą.
Lecę na Kubę.

....To byly czasy....ech.....:-) poproszę o zdjęcia i dłuuuuuugie wpisy z tej podróży MARZEŃ!! TRZYMAM KCIUKI:-)
OdpowiedzUsuńMarzenia, któż ich nie ma. Ale nie wszyscy umieją czerpać z życia pełnymi garściami i realizować swoich wewnętrznych pragnień. Dlatego Droga Blogowiczko tańcz, ucz się języka, w końcu masz się spotkać z Fidelem Castro! A bomby w Moskwie? Na wiele spraw nie mamy jednak wpływu, więc nie przejmuj się, bo przecież w drewnianym domu może spaść na głowę cegła... Niech podróż na Kubę będzie dla Ciebie siłą napędową do dalszych podróży. Pamiętaj tylko, by nie przywieźć ze sobą do Polski Małego Fidelka:)
OdpowiedzUsuń