są marzenia na spełnienie których czasami nie jesteśmy gotowi
są miejsca do których dążymy i z których być może już nie będzie biletu powrotnego
jest wiele rzeczy i emocji których musimy doświadczyć żeby móc docenić najmniejsze radości
zapraszam na spotkanie ze wspomnieniami, fotografią i przygodą

maorys, biustonosz i buty



Druga strona świata, prawie 40 godzin lotu samolotem z przesiadkami, 12 godzin różnicy czasu. Wszystko z perspektywy „nogami do góry”. 

Patrząc na globus Nowa Zelandia leży na samym dole, a nad nią królują wszystkie kontynenty. Jednak na ścianie pewnego biura podróży w Auckland wisi mapa, która na pierwszy rzut oka nie różni się niczym szczególnym. Jednak jeżeli ktoś popatrzy na nią trochę dłużej, dostrzega zasadniczą zmienną - Nowa Zelandia jest tam na samej górze, a cała pozostała część świata jest na dole. I wtedy można już się zastanowić gdzie tak na prawdę są Antypody. Z perspektywy „Kiwis” to Europa jest na końcu świata - na dodatek na tej nieprzyjemnej zimnej półkuli.
Zatem punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
A w Nowej Zelandii królują trochę inne zwyczaje. Tutaj czas wolniej płynie. Daleko tutaj do zabieganej starej zmęczonej Europy. Drzewa wolniej rosną i chyba przez to są bardziej soczyste. Owce wolniej chodzą a na drogach poza największymi miastami tylko jeden pas ruchu. Po co drugi jak i tak rzadko ktoś nadjeżdża z przeciwnej strony.

Niesamowite jest nagromadzenie stref, krajobrazów, i klimatów. Z jednej strony pustynia, zaledwie kilka kilometrów dalej soczyste wzgórza, jęzory lodowca skąpane w zburzonym oceanie i góry. Wszelkiej maści i rodzaju ze stożkowatymi wulkanami, śnieżnymi iglicami i rozległymi wzgórzami. Widoki baśniowe.

Przy pewnej drodze ciągnącej się wzdłuż pastwiska spał tubylec. Zarówno rysy jego twarzy jak i imponujący tatuaż na twarzy bez dwóch zdań potwierdzały rdzennego Maorysa. Tak po prostu spał sobie na ziemi. Jakby stał i nagle stwierdził – tak tu się położę i zasnę. Tuz za nim po pastwisku niemrawo wędrowały śnieżnobiałe owce. Drogę od pastwiska odgradzał płot. Zwykły płot z metalowej siatki osadzonej na metalowych słupkach. Siatka na długości kilku kilometrów ozdobiona była niezwykły ładunkiem. Rządem dziesiątków rodzajów biustonoszy..... Dosłownie metry biustonoszy ciągnące się aż po horyzont. Gdy biustonosze się skończyły zaczęły się buty przywiązane sznurówkami do metalowych oczek. Baliśmy się jechać dalej..... Maorys, biustonosz i buty.
Aż strach pomyśleć co będzie dalej

opowieść z półwyspu Synaj


BOOL BOLL

Bool-bool miał 17 lat i za sobą trudne dzieciństwo.

Urodził się na północy Synaju w małej zagrodzie na krańcach wioski. W dniu, w którym przyszedł na świat wiał szalony samum znad Sahary, który wciskał się w każdą szczelinę i zasypywał wszystko tumanami rudego piasku. Szaleństwo wiatru udzieliło się Bool-bolowi i całe jego życie napiętnowane było nieposkromioną energią wiatru.  Przez pierwsze miesiące życia miotał się między ogrodzeniem zagrody, spętanymi nogami matki i wąskim wybiegiem otoczonym rudymi skałami. Szczęśliwie ominęły go wszelkie uroczystości rodzinne i religijne. Zamiast niego w kotłach lądowały kozy i drobne wielbłądy których postura nie wróżyła siły na przyszłe lata. Wielokrotnie przyglądał się jak małe kozy niesione na szyjach Beduinów rwały się na wszystkie strony. Potem rzucane w piach pustyni wydawały ostatni wrzask przypominający do złudzenia krzyk małego ludzkiego dziecka. 

Pierwsza krew zawsze wsiąkała w piasek. 




Bool-bool na grzbiecie miał jeszcze strzechę brązowych włosów których nie zdążyło wytrzeć siodło i twarde beduińskie derki gdy po raz pierwszy został sprzedany za stado małych czarnych kóz. Był niepokorny i nie słuchał swojego właściciela ale był duży i silny. Cena za niego wzrastała wraz z każdym miesiącem i dekagramem mięśni. Przechodził z rąk do rak coraz dalej na południe. Gdy trafił do Mustafy, w pierwszy dzień dostał kilka batów i kopniaków w zad, które miały mu pokazać kto jest panem a kto wielbłądem. Nad ranem chłopcy zaganiający wielbłądy do zagrody znaleźli po Bool-boolu tylko pęta – Bool-bool uciekł na pustynię.
Przez przypadek znalazł go samotny Beduin. Zapłata, którą dostał sprawiła, że był to jeden z najszczęśliwszych dni w jego życiu - a dla Bool-boola niestety był to dzień jego klęski.
Mustafa się wściekł. Okładał zad Bool-boola kijem i kopał go po brzuchu. Wielbłąd rzucał się na uwięził, kwiczał i kopał. Walka skończyła się złamanym kijem, zwichniętą ręką i potarganym sandałem po stronie człowieka a po stronie wielbłąda obolałym zadkiem, przeciętą w kilku miejscach skórą i urwanym nosem.
Gdy rany przestały krwawić Bool-bool został znowu sprzedany. Mustafa dostał nową żonę a pozbył się 6 wielbłądów z Bool-boolem na czele. 


Wielbłąd trafił do karawany. Przez kolejne kilka lat każdy jego dzień był bliźniaczo podobny do poprzedniego. Codziennie rano kulbaczyli jego grzbiet, spinali go popręgiem, zakładali siatkę na pysk żeby nie mógł gryźć innych wielbłądów i poganiali w drogę. Chodził tam i z powrotem przemierzając ta samą trasę w głąb gór przez złoto rude piaski. Nosił sól, drewno, paliwo, jedzenie, ubrania, raz nawet motor rozłożony na części. Spał tam gdzie go prowadzili, jadł to co znalazł na pustyni. Nie widział ani nie poczuł nawet jednej wielbłądzicy...



HASSAN
Filozofia życia Hassana była prosta. Jego wielbłądy - jego biznes. Gdy ktoś chciał mu udowodnić, że jest inaczej przytakiwał, wymachiwał rękami, dyskutował, kłócił się ale na końcu chwaląc Allaha i tak myślał tak samo. Jego wielbłądy - jego biznes. Mieszkał w Nuwejbie nad samym morzem. Co rano doglądał wielbłądów, palił ziele i myślał jak by tu zarobić trochę piastrów. Jego kuzyn Asmir miał kilka żon, wiele dzieci i wiele wielbłądów. Hassan miał tylko jedną żonę i 4 wielbłądy. Asmir jeździł na południe swoimi wielbłądami i po wielu miesiącach wracał z wieloma rikszami w kieszeniach. Hassan nie chciał jeździć w karawanach bo może to dziwne, ale nienawidził pustyni. Gdyby mógł chciałby być rybakiem. Ale nie mógł być rybakiem bo nie miał łodzi i nie umiał łowić ryb. Codziennie jadał na kolację ryby, które łowiła jego żona. Jednak jego żona łowiła ryby na żyłkę i było to zajęcie wyłącznie dla kobiet. Mężczyznom nie godzi się łowić na żyłkę, tylko na sieci. 



Hassan miał plan. Postanowił że będzie woził turystów. Nuwejba był wioską, w której oprócz glinianych bud nie było zbyt wiele ale dalej na południe było wielu turystów, których można wozić. Hassan to wiedział bo od długiego czasu podpytywał Asmira jak to jest na południu. Konstruował swój plan tyle miesięcy, że już prawie wiedział jak to zrobić. Jego żona przeklinała go za to że nic nie robi ale on przecież myślał. Nie mógł robić kilku rzeczy na raz. Po powrocie Asmira z kolejną karawaną poprosi kuzyna o pomoc i rozpocznie swój wielki biznes. Sprzeda dwa wielbłądy i kupi samochód. Przyjaciel jego wuja słyszał, że jest do sprzedania dobry wóz z napędem na 4 koła w sam raz na pustynne drogi, „lekko używany”, będzie można nim jeszcze długo pojeździć. Będzie woził turystów po mieście jak taksówką. Sprzeda cztery kozy i kupi dwa siodła dla pozostałych wielbłądów. Weźmie  Ahmeda – syna sąsiadów, który jeszcze jest za młody żeby mieć żonę ale już w sam raz żeby pracować dla niego. Ahmed kocha wielbłądy i pustynię więc będzie chodził z turystami na wycieczki. Hassan za żadne skarby nie będzie włóczył się po pustyni. Jedną kozę zabije i sprzeda mięso. Kupi za to telefon, nowe sandały, paliwo i jeszcze zostanie trochę żeby rozpocząć swój biznes.
Plan zaczął realizować o wczesnym poranku. Wybrał się do wuja i po wypiciu 3 słodzonych herbat poszli oglądać samochód. Lekko używany wóz okazał się zdezelowanym Nissanem o wytłuczonym zawieszeniu i brudnej karoserii, z lekko krztuszącym się silnikiem. Ale prawdą było to, że samochód popracuje jeszcze długie lata i zarobi dużo pieniędzy. Hassan targował się kilka godzin. Zrobił zbolałą minę, przygarbił plecy, pocił się obficie i utargował w końcu pół ceny. Targował się jeszcze trochę i dostał kilka baniaków na paliwo, zapasowe koło, lewarek i błogosławieństwo.
Nissan był jego.
Wieczorem zmęczony ale jakże szczęśliwy wrócił do domu. Postawił samochód pod sama ścianą tak żeby spoglądać na niego swobodnie gdy przebudzi się w nocy i zasnął snem szczęśliwego człowieka.



Nad ranem obudziły go głosy poganiaczy. Do wioski wrócił Asmir. Hassan wybiegł na spotkanie kuzyna. Obejmowali się, całowali, poklepywali po plecach, chwalili Allaha. Hassan obowiązkowo pochwalił wielbłądy, Asmir ze znawstwem odpalił silnik Nissana. 




Kuzyni w końcu zasiedli przy herbacie i Hassan wyłuszczył kuzynowi swój plan.
Asmir wysłuchał, pomyślał i powiedział:
- Bez Inglisz kuzynie nie dasz rady.
- Jaki Inglisz?
- Inglisz– musisz mówić Inglisz. Turyści są strasznie głupi i nie gadają tak jak my. Ty idziesz na pustynie, do miasta, w góry, na półwysep i wszędzie mądrzy ludzie Cię rozumieją. Biali turyści Cię nie rozumieją. Ty im wszystkim musisz tłumaczyć Inglisz.
- Ale ja nie umiem Inglisz.
- Ja ci wszystko powiem. Ja cię nauczę. Pojedziemy Nissanem do Dahab, ja po drodze będę mówił. Ja mam biznes do zrobienia, ty mnie powozisz, ja cię nauczę. Ja chce sprzedać wielbłąda bo mi gryzie wielbłądy. Ty kup ode mnie wielbłąda. A jak nie masz pieniędzy to weź wielbłąda zapłacisz jak zarobisz a wielbłąd niech gryzie turystów - będą się cieszyć.

Hassan wziął   Bool-boola.



cdn.



cela na wakacjach



Było to jedno z naszych marzeń które miałyśmy wypełnić razem. 

Wieczorami przy dźwiękach salsy przyrzekałyśmy że na pewno kiedyś… Rozgrzewałyśmy myśli południowymi rytmami gdy na zewnątrz trzaskał mróz i powtarzałyśmy:-  na pewno pojedziemy.
 Powstał nawet budżet wakacyjny który miał gromadzić wolne środki (boże kto wtedy miał wolne środki) na ten upragniony wyjazd. Ale tak jak nikt nam nie wierzył że można przetańczyć całą noc pijąc tylko wodę mineralną - tak my same chyba nie wierzyłyśmy że to kiedyś się uda.

Był jednak plan i małymi kroczkami chciałyśmy dążyć do celu.

Więc po pierwsze trzeba nauczyć się profesjonalnie tańczyć. Zapisałyśmy się na lekcje tańca. Zapłaciłam nawet z góry żeby mieć motywację. Ale mogłam sobie tylko zaśpiewać TAK BARDZO SIĘ STARAŁAM…. Kasia stawiała stopy tam gdzie trzeba, obracała się kiedy trzeba, i wyglądała tak jak trzeba. Ja ze swoim 182cm wzrostu potykałam się nawet na własnych myślach. Okazało się że moje stopy nie potrafią współpracować. Ręce mam trochę za długie i przez to plątają mi się chaotycznie wokół ciała.  Chociaż na weselu Kasi dałyśmy czadu na parkiecie jak dwie brazylijskie gwiazdy to jednak daleko mi do chociażby średniego poziomu zaawansowania.  

Krok drugi – język… Znałam adresy wszystkich szkół w mieście, z nazwiskami lektorów i cenami. Jednak jakoś tak się złożyło że nigdy nie przekroczyłam progu żadnej szkoły językowej. Po pewnym czasie moja Kasia wykreśliła popołudniowe spotkania we wtorek i czwarte bo miała zajęcia. Dla mnie język z naszego marzenia został dalej językiem obcym! Dla niej nie stanowi już problemu. Jako zupełnemu antytalenciu językowemu mi pozostaje jedynie szczerzyć kły w niemym uśmiechu jak słyszę wdzięczne Ola!

Na któreś z kolei wspólne urodziny kupiłam Kasi książkę – o tym wymarzonym miejscu. Pamiętam że w paru miejscach napisałam coś od siebie co miało natchnąć nas obydwie. Wiem, że tą książkę przeczytała – ja nie mam nawet przewodnika. 

Na moją wiedzę o docelowym miejscu składa się znajomość płyty  Buena Vista Social Club… W sumie to i tak dużo. 

W ogóle nie jestem przygotowana do tego marzenia. Ale tak naprawdę na ile swoich marzeń jesteśmy przygotowani i mamy odwagę żeby je spełnić


PS. RAZ KOZIE ŚMIERĆ Kupiłam bilet - wylot lotnisko Chopin – międzylądowania Szeremietiewo – port docelowy Jose Marti. Niech wszyscy święci chronią lotnisko  w Moskwie przed koleją bombą.
Lecę na Kubę.